Anonimowy/aleksandra - przejrzałam swoje wcześniejsze rozdziały. Owszem nie napisałam, że Minato był prezydentem, ale nie napisałam, że nim nie był. Trzymamy się wersji, że był. Polityk, to polityk, eee tam.
Paweł Szewczyk: Twoje słowa były mi potrzebne szybciej, niż się spodziewałam :) dziękuję, naprawdę. Twój komentarz bardzo podniósł mnie na duchu. Jeszcze raz dziękuję.
Niewierny Inkwizytor: Nie pamiętam, żebym ci dała karę, ale jak chcesz to ją odwieszam ;) Nie jestem pamiętliwa. Przyjmuję przeprosiny. Cieszę się, że nie próbowałeś mnie obrazić, ale przyznasz, że tak to brzmiało.
***
Coś na filmie
przykuło jego uwagę. Podszedł do telewizora i cofnął film. Potem jeszcze raz.
Niemożliwe, aby się mylił.
Nawet pomimo
kiepskiej jakości filmu, nie można było nie zauważyć tego unikalnego błysku.
Coś na szyi Namikaze Kushiny lśniło mocnym światłem. To nie było coś. To był
naszyjnik, a dokładnie zawieszony na nim diamencik. Świecił się przez te
wystrzelone fajerwerki.
Sasuke ani
trochę nie znał się na kamieniach szlachetnych, ale łatwo się było domyślić, że
tak wyszlifowanych kamieni, które w ten sposób załamują światło, musi być
bardzo mało. Możliwe nawet, że to unikat. Coś tak pięknego i niezwykłego musi
być jedyne w swoim rodzaju.
Ten film
pochodził sprzed dwudziestu laty, a chłopak mógł przysiąść, że wie gdzie
naszyjnik jest obecnie. Widział go zaledwie kilka miesięcy temu. To było
niemożliwe, aby istniały dwa takie same naszyjniki, w ten sam sposób
wyszlifowane i tak samo lśniące w świetle.
Naszyjnik z
rąk Pani Namikaze przewędrował do rąk Hyugi Hinaty.
Doskonale
pamiętał ten kryształek, na jej szyi, który przykuł jego wzrok. Spytał wtedy o
niego. Co Naruto mu odpowiedział?
- To pamiątka rodzinna Ero-wujka. Po jakiejś
ciotce, czy kogoś tam.
Wisiorek miał
wcześniej Jiraiya. Skąd on go miał? Po śmierci państwa Namikaze, ich rzeczy
powinna przejąć rodzina. Ero-wujek był z którymś z nich spokrewniony? A może to
Naruto był… spokrewniony z Minato N.? Nie no owszem, mówił, że ci dwaj są
podobni, ale nie mówił tego poważnie. Może po prostu zadzwoni do Uzumakiego i
go o to spyta. Może istnieje jakieś inne, prostsze wytłumaczenie. Cholera, skąd
ten Jiraiya wytrząsnął ten łańcuszek?
Natychmiast
wyjął z kieszeni komórkę i wybrał numer Naruto. Nie odbierał. Później zadzwonił
do Hinaty. Włączyła się sekretarka.
- Najpierw
nikogo nie ma, teraz nikt nie odbiera. Co to ma być?
Trzecie
połączenie zostało już odebrane.
- Sasuke ? –
odezwał się głos Sakury.
- Hej, wiesz,
gdzie jest Naruto? Muszę z nim pogadać.
- Tylko, że
wiesz…Powinnam ci powiedzieć wcześniej, ale nie chciałam cię budzić i…
- Powiedzieć
mi co?
- Naruto
zaginął. Właśnie chcieliśmy iść na policję. Niedługo minie doba i…
Uchiha nie
słuchał już. Rozłączył się. Czuł się jak człowiek, który został porażony przez
piorun. Naruto zaginął? On? Nie ma go od prawie doby?
Usiadł na
krześle i znowu zaczął dedukować. Naruto nie jest osobą, która ot tak znika bez
słowa. Uchiha owszem jest, ale nie ten głąb. Miał wypadek? Nie, już dawno
byłoby to wiadome. Poza tym Sakura z resztą sprawdzili już pewnie wszystkie szpitale.
Ktoś go napadł? Taa jasne! Wtedy to napastnikowi coś by się stało, a nie
blondynowi. No to co się mogło stać? Gdyby przyłożyli mu lufę do skroni to
rozumie, ale…
Poderwał
gwałtownie głowę i znów spojrzał na ekran telewizora. Jeśli wszystko zebrać do
kupy, to sprawa nabiera sensu. Polityka prowadzona przez Namikaze…walka z
przestępczością zorganizowaną…pożar w domu rodziny prezydenckiej, który
nawiasem mówiąc teraz wydaję się być podejrzany…sprawa naszyjnika…zniknięcie,
albo raczej porwanie Naruto…to dziwne podobieństwo.
- Słyszałem, że niedługo szykuje się coś
grubszego. Szef chce załatwić jakąś grubszą rybę.
Słowa
Suigetsu potwierdzały jego teorię. Gruba ryba, co?
Jeszcze kilka
dni temu by w to nie uwierzył, ale po sprawie Itachiego, jest w stanie uwierzyć
we wszystko. Nawet w to, że Naruto jest krewnym… synem Minato Namikaze i teraz
pewien szef mafii chce go zabić w ramach zemsty, za to co narobił jego tatuś.
Wszystko wówczas składa się w logiczną całość. Logiczną, ale nieprawdopodobną.
Nie to
głupie. Nawet jeżeli to prawda, to jak oni go znaleźli? Po 20 latach…
- Orochimaru-sama kazał mi przekazać ci swoje
najszczersze podziękowania.
- Za co on mi dziękował? – powiedział do siebie, ale w głębi ducha znał już odpowiedź.
Prześwietlili
go wcześniej…w jego życiorysie powtarza się kilka nazwisk…a wśród nich jest…
- O czym ja
myślę? Nazwiska są inne. Skąd mogliby wiedzieć, że to właśnie on?
Siedział
chwilkę z założonymi rękami, aż w końcu wpadł na mały pomysł. W archiwum
znajdowały się stare gazety, roczniki. Może w którymś z nich będzie to
napisane. Rzucił się w stronę półek i zaczął przeglądać gazety, które miały
daty wydań starsze od daty powstania tego filmu, który wciąż tkwił w odtwarzaczu.
Nie przeglądał całych gazet. Tylko rubryki z informacjami o ślubach.
Im dłużej mu
to schodziło, tym bardziej przestawał wierzyć w to co niby odkrył. Przecież to
było absurdalne. W dodatku wysuwa wnioski z czyjś słów i z głupiego błysku diamencika.
Po prostu zbyt długo pracował u gangsterki i tylko to mu w głowie. Na to, że Naruto zniknął może być wiele wyjaśnień. Choć w tym momencie nie
bardzo mógł na jakieś wpaść.
Zamierzał się
już poddać, kiedy nagle zauważył ogłoszenie, którego szukał. Ogłoszenie o
zaślubinach Namikaze Minato i Uzumaki
Kushiny.
„Potrzebujesz
więcej dowodów?” odezwał się złośliwy głosik w jego głowie.
Niemożliwe.
Niemożliwe. Niemożliwe. A jednak.
Naruto synem
największego wroga wszystkich gangsterów tego miasta. Ta gazeta, naszyjnik i
podobieństwo są dowodami. A teraz go mają. Chcą dokonać zemsty, zupełnie jak
on. Na to ma dowód w postaci tego zniknięcia oraz słów Suigetsu i Kabuto.
- Zrobiłeś i to dużo. I za to należą ci się
podziękowania.
Sasuke
zacisnął zęby. Wydał najlepszego przyjaciela. Może i niechcący, ale to było
nieważne. Przez niego, przez jego postępowanie, blondynowi grozi
niebezpieczeństwo.
Tego już było
za dużo. Poderwał się na równe nogi i złapał za najbliższe krzesło. Z furią rzucił
nim w przeciwległe okno. Hałas roztrzaskującego się szkła nie dochodził do uszu
Uchihy. Nie słyszał nic, żadna rzecz nie była teraz ważna. Poza wściekłością
kipiącą w jego ciele.
Wyskoczył
przez dziurę w zbitym oknie. Był na parterze, więc nie był to żaden wyczyn, ale
na pewno szybszy sposób niż szukanie drzwi wyjściowych, a nie było już czasu do
stracenia. Puścił się biegiem w stronę parkingu. Gdzieś tam w tyłu stłuczone
okno włączyło alarm, ale nie przejmował się zbytnio. Wsiadł na swój motor i
odjechał z piskiem opon.
Kilkanaście
minut później, Sasuke był w swoim pokoju. Ładował nowy magazynek do pistoletu.
Nie chciał, aby zabrakło mu naboi. Był już spokojny. Musiał się zgodzić ze
zdaniem Itachiego. Jeśli będzie wściekły, źle oceni sytuację i przegra. Tak jak
poprzednio. Ale tym razem nie może sobie na to pozwolić.
***
- Proszę,
zjedz coś.
Hinata
podsuwała Kuramie pod nos pełną miskę, ale pies nie chciał niczego tknąć od
rana. Był dziwnie osowiały i ciągle leżał zwinięty w kłębek. Zupełnie jak nie
on.
- Ach, w
sumie…- dziewczyna westchnęła cicho – Ja też nie jestem głodna.
Hinata
próbowała zastosować się do poleceń Sakury, ale nic nie chciało przejść jej
przez gardło. Zjadła 2 jogurty, ale tylko dlatego, aby nie zemdleć z niedoboru
pożywienia.
Chociaż teraz
utrata przytomności, wydawała się odległym ukojeniem, którego potrzebowała.
Mieszanka strachu i bólu była nie do zniesienia. Czuła, że stało się coś złego.
Po prostu to wiedziała, całą sobą i to było przerażające.
Siedziała,
skulona na podłodze w kuchni, oparta o szafki. Była mocno rozdarta. Z jednej
strony chciała tam zostać, ale z drugiej chciała wyjść, robić coś, cokolwiek.
Ale co? Przyjaciele, pewnie się już wszystkim zajęli i nie było żadnych
wiadomości. To co ona może zrobić?
W końcu
wstała z podłogi i przeszła się po mieszkaniu. Chyba po raz 100 dzisiaj.
Zerknęła na ramkę, stojącą na półce w salonie. W środku było zdjęcie, przedstawiające
ją i Naruto na przyjęciu. Pamiętała jego reakcje, gdy zobaczył tą ramkę.
- Weź, czemu mi to robisz?! – jęczał jak
dziecko, któremu kazano iść za karę do kąta.
- Kiedy nie wyglądasz jak kretyn. Wręcz
przeciwnie. Bardzo dojrzale.
- No właśnie dlatego tego nie wolno nikomu
pokazywać!
Kącik ust
Hyugi, mimowolnie podniósł się chwilkę do góry, ale tylko na kilka sekund.
Później znowu opadł, kiedy umysł wrócił do okrutnej rzeczywistości.
- Jak mam cię
znaleźć? – zacisnęła pięści, ale nie ze złości. Z bezsilności – Skoro nie wiem,
gdzie cię szukać.
***
Naruto
nareszcie poczuł, po tylu godzinach, że ten pieprzony sznur na rękach zaczął
się rozluźniać. Chłopak spędził mnóstwo czasu, kręcąc się na krześle we
wszystkie strony, aby uwolnić chociaż ręce. Dzięki temu wierceniu, dodatkowo
jego ciało przestało być takie zdrętwiałe.
Wiedział
jednak, że pozbycie się sznura niewiele mu da. Nawet jeśli uwolni ręce, nie ma
sposobu na pozbycie się kajdanek z nóg. A ponieważ krzesło jest przytwierdzone
do podłogi, ucieczka z tego domu wciąż będzie niemożliwa.
Zresztą prawdopodobnie,
taki sposób unieruchamiania jest celowy. Mieli wolne pary kajdanek, ale woleli
założyć mu je na nogi, a nie na ręce. Sytuacja wyglądałaby by inaczej, gdyby było
na odwrót. Wtenczas po uwolnieniu nóg ze sznura, ofiara może uciec. Z
kajdankami na rękach owszem, ale mogłaby się ruszać. A tak…jest zdany na czyjąś
łaskę.
W ciągu
całego dnia, w którym jego jedynym zajęciem było uwalnianie rąk, wydarzyły się
jedynie dwie rzeczy.
Pierwszą była
wizyta. Niedługo po odzyskaniu przytomności, do pokoju wszedł jakiś mężczyzna. Ciemny
typ, w każdym razie. I strasznie gruby. Podszedł do więźnia i podsunął mu
butelkę wody.
- Pij –
rozkazał.
Uzumaki wahał
się przez chwilę, ale stwierdził, że jest mu to potrzebne. Nie otrują go w
końcu, ma przeżyć do wieczora. Kiedy wziął pierwszy łyk, dopiero wówczas
spostrzegł jak bardzo był spragniony. Wypił całą zawartość butelki.
Grubas
odwrócił się z zamiarem wyjścia.
- Czekaj –
zatrzymał go. Ma szansę, małą, ale jednak, aby się czegoś dowiedzieć – Dlaczego
tu jestem? – to była najistotniejsza kwestia. To gdzie jest, ani kto go porwał
niewiele mu powie.
- Pojęcia nie
mam. Choć chciałbym się dowiedzieć.
- Że co?! Nie
kłam, musisz wiedzieć!
- Nie bądź
taki pyskaty, albo oberwiesz – rzekł mężczyzna z groźbą w głosie i wskazał na
wybrzuszenie pod swoją kurtką.
- Co ty,
pokazujesz mi, że dziwacznie utyłeś?
Żyłka na
czole grubasa zaczęła lekko pulsować, ale gość się opanował i wyszedł.
Wiedział, że jeśli coś teraz zrobi temu blondaskowi, to oberwie 5 razy mocniej
niż on.
Drugi incydent
wydarzył się dwie godziny później, po wizycie grubasa. To było wtedy, gdy
Naruto zaczął tracić siły. Nie miał pojęcia gdzie jest, co tu robi, co się
stanie wieczorem, ani jak się uwolnić. Ta niewiedza była nie do zniesienia.
Przestał wierzgać i rozejrzał się po pokoju.
Całkowicie pusty. Jedynie cztery, odrapane ściany. Albo nie. Coś jednak tu
było. Chłopak zobaczył, że w kącie leży jakiś przedmiot. Był mały, w kształcie
długiego walca. Gdyby Uzumaki nie obejrzał w przeszłości kilku filmów
sensacyjnych, nie wiedziałby co to był za przedmiot.
To musiała
być łuska po kuli.
Chłopakowi
przyśpieszył oddech. Ktoś tu strzelał i nie posprzątał łuski. Ale na ścianach
nie było żadnych śladów po pociskach, to znaczy, że strzelono do…kogoś.
Uświadomienie
sobie tego, dało Naruto kilka rzeczy. Po pierwsze odzyskał siły i znowu zaczął wierzgać i próbować zerwać linę. Po drugie zrozumiał, że jego sytuacja nie
jest zła. Jest tragiczna! A po trzecie nareszcie skapował o co chodziło temu
tłustemu dziadowi. Może i wyszedł na głupka, ale tamten też nie popisał się
inteligencją pokazując mu, gdzie ten chowa broń.
Teraz czuł,
że ten cały wysiłek nie poszedł na marne. Wiedział, że wystarczy kilka
szarpnięć i więzy na rękach całkowicie puszczą. Nie osiągnął tego za darmo.
Miał pełno bolesnych zadrapań na nadgarstkach. Nie widział ich, ale czuł je
przez ostatnie godziny, gdy próbował się uwolnić. I nareszcie osiągnął cel.
Ale skoro
tak, to co dalej? Wciąż jest unieruchomiony. Na szczęście miał czas, aby
przemyśleć parę rzeczy i miał już plan jak się pozbyć tych kajdanek.
Musiał
jedynie poczekać, aż nadejdzie odpowiedni moment.
***
Może i Karin
to głupia i wnerwiająca dziewucha, ale czasami jest cholernie przydatna.
Wystarczyło jej pół godziny, aby znaleźć adresy wszystkich miejsc, w których
ich organizacja wykonuje wyroki lub przetrzymuje zakładników. Było ich więcej
niż Sasuke przypuszczał, ale i tak musiał przeszukać je wszystkie.
Na razie
załatwił dwa miejsca na liście. W żadnym z nich nie było ani śladu po Naruto.
Byli natomiast inni ludzie. Na szczęście dawali mu spokój od razu, gdy
powiedział magiczne słowo.
„Uchiha”
Od razu
truchleli i pozwalali mu przeszukać wszystkie pomieszczenia. I kto by pomyślał,
że działalność Itachiego, może mu być w tej chwili tak pomocna?
Nie ma czasu,
trzeba szukać dalej. Zegar tyka.
***
Zbliżał się
wieczór, a Naruto wciąż czekał. Zaczął się niecierpliwić. Aby jego plan
zadziałał, ten grubas musiał tu wrócić, a czasu jest coraz mniej.
Zaczął się
denerwować, że nikt tu już nie przyjdzie i będzie tu siedział do śmierci.
Dosłownie. Ale na szczęście, modlitwy zostały wysłuchane.
Na zewnątrz
robiło się już ciemno, gdy do pokoju wszedł grubas. Uzumaki chciał wręcz zawyć
ze szczęścia. Teraz wystarczy wszystko odpowiednio rozegrać.
Facet miał w
dłoni tym razem kromkę chleba, a w drugiej talerz z okruchami. Sukinsyn sam
wszystko zjadł, a jemu zostawił 1 kromkę!
- Zjesz to? –
spytał mężczyzna, jakby od niechcenia.
„Za mało ci w
dupie?!”
- Chciałbym –
odpowiedział spokojnie. Tamten westchnął, rozczarowany odpowiedzią zakładnika i
zaczął iść w jego stronę.
„Tak, właśnie
tak! Chodź tutaj! Podejdź bliżej”
Grubas stał
już nad nim, tak że Naruto mógł zobaczyć białka jego oczu.
„Chłopie,
myjesz ty się, czasami?”
- Jedz – znów
wydał prosty rozkaz, wpychając mu chleb do ust.
Uzumaki
uznał, że mężczyzna jest wystarczająco blisko. Mocnym szarpnięciem rozerwał
resztki więzów. Miał wolne ręce. Zanim grubas się zorientował co się dzieje,
chłopak poderwał się z krzesła i z całej siły uderzył głową w głowę mężczyzny.
Tamten stracił równowagę i zaczął się chwiać do tyłu.
„Szybko” –
mimo bólu w czaszce Naruto z całej siły próbował się skoncentrować – „Tam, po
mojej prawej! Tam jest…”
Błyskawicznie
włożył rękę pod rozpiętą kurtkę mężczyzny. Tam, gdzie tamten wcześniej
pokazywał i dobył jego broń. Była trochę ciężka.
Głowa bolała
go jak diabli, ale dla zdobycia tej zabawki, było warto. Pierwszy raz, od wielu
godzin stał. Co prawda nie mógł się ruszyć, ale i tak miał na twarzy triumfujący
uśmiech. Nawet pomimo strużki krwi, która pociekła mu na nos.
- Ty… -
grubas nie dokończył, ponieważ zobaczył wycelowaną w niego lufę.
Blondyn nie
bardzo wiedział się jak się posługiwać pistoletem, ale był on jego jedyną
szansą na ratunek, więc trzymał go kurczowo.
- Daj klucz
do kajdanek. Szybko, bo mogę strzelić przez przypadek – naprawdę tak może się
stać.
Mężczyzna, po
chwili zastanowieniu, niechętnie sięgnął do kieszeni i rzucił chłopakowi małe
kluczyki.
Naruto usiadł
i zaczął się męczyć ze zdejmowaniem kajdanek i jednocześnie miał swojego
porywacza na oku. Pozbył się pierwszych kajdanek. Potem skupił się na tych
drugich.
- Nie
podaruję ci, ty skurwysynu!
Uzumaki
podniósł głowę i zobaczył jak grubas rzuca się na niego ze składanym nożem w
ręce. Skąd wziął nóż? Musiał go mieć schowany w innej kieszeni.
Zadziałał
instynkt samozachowawczy. Chłopak podniósł broń i wycelował w napastnika.
„Nie!!! Nie
mogę go zabić!”
Skierował
pistolet niżej i …strzelił.
Nóż wypadł mężczyźnie
z ręki. Upadł na ziemię z głośnym krzykiem. Złapał za swoje udo, które mocno
krwawiło. Darł się w niebo głosy.
Udało się. Nie
zabił go. Unieruchomił, strzelając mu w nogę. Ale inni na pewno słyszeli
strzał. A jak nie, to słyszą teraz te wrzaski. Może nie mieć już szans na ucieczkę,
ale musi próbować.
Pozbył się
drugich kajdanek. Był wolny.
Ale…nagle
poczuł coś przeciśniętego do tyłu jego głowy. Syknął z bólu, bo była tam rana
po uderzeniu, jakie dostał wczorajszej nocy.
- Ktoś tu się
rozbrykał. Rzuć te zabaweczkę.
Naruto
odrzucił broń, po czym powoli odwrócił się w stronę swojego napastnika.
Zadrżał, gdy napotkał spojrzenie zimnych oczu węża.
***
Motocykl
jechał z niezwykłą szybkością. Reflektory rozświetlały drogę. Gdyby nie one nic
nie byłoby widać w tej ciemności. Tym razem Uchiha miał sprawdzić dom,
mieszczący się na skraju lasu. Gdzieś na północ od miasta.
Konoha była
metropolią, ale z każdej strony była otoczona przez las. Właśnie stąd miasto
wzięło swoją nazwę.
W końcu,
gdzieś w oddali, Sasuke dojrzał światło. Przez zbyt szybką prędkość pojazdu, już teraz
musiał zacząć hamować. Zatrzymał się idealnie pod domem. Chociaż bardziej
przypominało to piętrową chatkę.
Rzucił motor
na ziemię i pobiegł w stronę domu. Nacisnął klamkę, było otwarte. W środku
zastał trójkę ludzi, dwóch mężczyzn i kobietę, którzy utkwili wzrok w nowo
przybyłym. Uchiha ich zignorował i ruszył w stronę schodów.
Ciemno-skóry
mężczyzna zatarasował mu drogę.
- A ty kto…
- Uchiha –
Sasuke wymówił „magiczne słowo”
Facet był
lekko mówiąc zdziwiony, ale się odsunął. Chłopak pobiegł schodami na górę. Tam
zatrzymał się zszokowany, gdy zobaczył grubego mężczyznę czołgającego się na
podłodze. Zostawiał za sobą smugę krwi, która prowadziła, aż do uchylonych
drzwi na końcu korytarza.
Chłopak
wolnym krokiem zaczął zmierzać w ich stronę. Jęczącego z bólu, mężczyznę
całkowicie zignorował.
***
Nie…To nie
były oczy węża, tylko mężczyzny. Wysokiego, w średnim wieku. Miał długie,
czarne włosy. Uśmiechał się, z dziwnym triumfem.
Naruto cofnął
się nieznacznie. Nie poradził, że coś w postawie, tego faceta przypominało mu
węża. Gość stał nad nim i celował w jego czoło.
- Szefie…-
stęknął błagalnie grubas na ziemi, jakby prosił o pomoc.
- Jirobo…spieprzaj
stąd, jeśli łaska – zimny, zachrypnięty głos wydał rozkaz.
Trzeba było
poczekać kilka minut zanim, mężczyzna zdołał się wyczołgać z pokoju.
- Nasza
gościnność ci się nie spodobała, Naruto-kun? – spytał „szef”, kiedy w pokoju znajdowały
się już tylko dwie osoby.
- Nie…Nie bardzo
– blondyn nie mógł zebrać myśli. Gapił się bezmyślnie w lufę pistoletu. Jednak
jego uszu i tak doszedł dźwięk silnika na zewnątrz. Ktoś tu przyjechał?
- Kto by
pomyślał? Nadal trudno mi uwierzyć, że tu jesteś – rzekł mężczyzna po chwili
milczenia.
- No właśnie…Dlaczego
tu jestem? – pytanie to zadawał sobie tyle razy, że wypowiedzenie go na głos
było mimowolne.
- Dlaczego? –
w korytarzu rozległy się kroki – Ponieważ…- nie dokończył, gdyż uchylone drzwi
się rozwarły i do pomieszczenia wpadł…
- Sasuke! –
krzyknął zaskoczony Uzumaki. Jego widoku najmniej się w tym momencie
spodziewał.
- No proszę.
Nie spodziewałem się ciebie, Sasuke-kun – syknął mężczyzna.
„To oni się
znają?”
- Orochimaru!
– powiedział Uchiha – Po co…
- Co ty tu u
diabła robisz?! – blondyn, na podłodze nie mógł się powstrzymać, aby tego nie
krzyknąć.
- Jest moim
podwładnym – wyjaśnił Orochimaru – Chciałeś wiedzieć, czemu tu jesteś. Otóż
dzięki niemu. Wydał mi ciebie.
Sasuke nie
zaprzeczył. Do Naruto nie chciał dotrzeć sens tych słów. Kręcił mechanicznie
głową, nie chcąc w to uwierzyć.
- To cudowne
uczucie – kontynuował mężczyzna, nie przejmując się stojącym w drzwiach,
trzęsącym się ze złości Uchihą – Gdy patrzę na ciebie, Naruto-kun, mam
wrażenie, że patrzę na Minato. Że to w niego celuję – przesunął palec na spust
broni – Że zabijam jego, a nie jego syna.
Blondyn
zamknął oczy.
Widział przed sobą plecy Hinaty. Nagle ona
obróciła się i mógł zobaczyć jej piękny uśmiech, mówiący "wszystko będzie
dobrze". Niewidzialny wiatr rozwiał jej krótkie włosy.
- Naruto-kun – jego imię w jej ustach, brzmiało
tak pieszczotliwie.
„Dziwne.
Myślałem, że w ostatnich chwilach życia przez oczami staje całe życie, a nie…chociaż
w sumie cieszę się, że ją widzę”
Rozległy się
strzały.
***
Było już
ciemno na zewnątrz. Wokół nie było żywej duszy. Była jedynie Hinata siedząca na
huśtawce na pustym placu zabaw i rudy pies u jej stóp.
Dziewczyna
nie mogła wytrzymać w czterech ścianach, więc poszła na spacer, który skończył
się właśnie tutaj. Nie huśtała się, po prostu siedziała i rozmyślała. Grzywka
opadała jej na oczy. Nowe łzy zebrały się pod oczami.
Rozległy się strzały.
Kurama zerwał
się z miejsca i zaczął ciągnąć swoją panią za nogawkę spodni.
- Hej, co ty
robisz?
Pies puścił
nogawkę. Skakał wokół huśtawki, jakby dostał wścieklizny i głośno szczekał.
Pobiegł w stronę wyjścia z placu. Odwrócił się na moment, szczeknął na Hinatę,
jakby chciał ją popędzić i znów zaczął biec.
Hyuga
siedziała nieruchomo, zaskoczona swoim tokiem rozumowania. Pamiętała jak kiedyś Kiba złamał nogę, a jego
pies Akamaru od razu to wyczuł i pobiegł do swojego pana. Niemożliwe, aby i tym
razem…
„Nawet jeśli
Kurama wie, gdzie jest Naruto, to co zrobisz?” – głos w jej głowie mówił
wyraźnie – „Jesteś beznadziejna. Potrafisz jedynie leżeć i płakać. Udowodniłaś
już to. Twój chłopak znika, a ty zamiast go szukać ryczysz. To takie to ciebie
podobne. Zrób tak i teraz. Na pewno pies, będzie bardziej mu pomocny niż ty…
- ZAMKNIJ SIĘ”
– to był inny głos. Jej, pewny siebie głos.
Potrząsnęła
głową, jej łzy rozprysły się. Zerwała się z huśtawki i zaczęła biec. Jednym
susem przeskoczyła metalowe ogrodzenie placu.
- Kurama,
zaczekaj!
Pies
zatrzymał się, gdy zobaczył, że dziewczyna za nim biegnie. Kiwnął głową, z
aprobatą, albo nawet z pochwałą i znów ruszył przed siebie.
Hinata nie
czuła wahania. Wiedziała dobrze co robi. Z niezachwianą determinacją biegła za
rudym psiskiem, czując, głęboko w sercu, że…niedługo go zobaczy. Pomoże mu i nigdy
więcej nie da mu odejść.
Nigdy więcej!
Kurama i Hinata
zmierzali w stronę północy.
***
Rozległy się
strzały.
Naruto wciąż
miał zamknięte oczy. Nic nie poczuł. Żadnego bólu, ani nic. Otworzył niepewnie
oczy i zdążył dojrzeć jak Orochimaru pada na ziemię. Martwy.
Chłopak
patrzył na dziurę w jego głowie, a potem na Sasuke z pistoletem w wyciągniętej dłoni.
Z lufy trochę dymiło.
- Za…zabiłeś
go – Uzumaki nie mówił tego oskarżycielsko, bardziej próbował się upewnić, czy
to prawda.
Znieruchomieli
w swoich pozycjach na kilka sekund. W końcu Uchiha odzyskał głos.
- Musimy stąd
spierdalać i to szybko.