:)

:)

niedziela, 8 listopada 2015

S2 Rozdział 4

(Od autorki) Tak wiem, daje ciała :P ale robię co mogę. To dziś trochę bliżej zapoznamy się z Akatsuki :) najwyższy czas na to :P (Sorki za błędy, korekte jutro robię)

***



Naruto stał w salonie, oparty o drzwi balkonowe i przyglądał się widokowi za oknem. Ulewa przed którą niedawno musiał uciekać z Hinatą, nie zelżała ani odrobinę. Przez to okropne zachmurzenie, wydawało się, że jest środek nocy. Krople deszczu opadały głośno na ziemię. Ich szum mieszał się blondynowi z szumem dochodzącym z łazienki, gdzie jego dziewczyna brała właśnie prysznic.
Uzumaki po raz pierwszy dzisiejszego dnia (oprócz nocnej pobudki) był sam ze swoimi myślami. Myślał o wielu rzeczach. O anonimie, o jego nadawcy i przyszłości. I jeszcze o tym, że gdzieś tam, w tej ulewie, gdzieś tam daleko jest Itachi. Człowiek, którego jak się okazało w ogóle nie znał i który jest celem jego najlepszego przyjaciela. I który jest w organizacji, która chce go zabić. I to za co? Za czyny ojca. Kompletnie bezsensowne.
Obok niego na półce, stało kilka oprawionych fotografii. Pierwsza przedstawiała całą rodzinę Hyuga w komplecie. Pani Hanako obejmowała dwójkę swoich córek, po jej jednej stronie stał Hiashi z (jak to mówił Naruto) naburmuszoną miną, a po drugiej stronie Neji.
Drugie zdjęcie przedstawiało Naruto i Jirayie. Uzumaki miał na nim około 13 lat. Obaj nie uśmiechali się, tylko raczej szczerzyli. Zostało zrobiono podczas jednej z ich wycieczek na biwak. Jeździli na nie w każde wakacje, gdy tylko Ero-wujek dostawał urlop.
Fotografia obok została zrobiona w dniu zakończenia liceum. Ledwo mieściły się na niej wszystkie 16 osób, ale jednak się udało. Wszyscy przyjaciele razem, ostatniego dnia szkoły. Ale na szczęście ich drogi się nie rozeszły po dziś dzień. A niektóre więzi się nawet bardziej zacieśniły.
Kolejne zdjęcie zostało zrobione na charytatywnym przyjęciu mikołajkowym kilka lat temu. Uzumaki uwielbiał patrzeć na fotografię i jednocześnie nienawidził. Sam uważał, że wygląda na nim jak wystrojony frajer, ale Hinata naprawdę wyszła zjawiskowo.
Ostatnia fotografia była najstarsza. Często była zdejmowana z tej półki, na przykład kiedy przychodzili goście. Nie była przeznaczona do oglądania przez innych ludzi. Ale i tak zawsze wracała na swoje miejsce. Zdjęcie była trochę zniszczone, nadpalone na brzegach, ale czerwono-włosa kobieta leżąca na szpitalnym łóżku z niemowlęciem w ramionach i blond-włosy mężczyzną obok niej byli doskonale widoczni.
Naruto przyjrzał się im wszystkim po kolei. Były dla niego ważne, ponieważ pokazywały wszystko co miało dla niego wartość. Rodzinę, przyjaciół i miłość. Znów odwrócił się w stronę okna. Widział w nim swoje odbicie na tle spływającej wody. Niepewnie uniósł rękę i otworzył drzwi balkonowe. Uderzył w niego chłodny podmuch wiatru i kilka kropel deszczu.
Nie wiadomo czumu, chciał wyjść na zewnątrz. W pomieszczeniu się dusił. Wyszedł na balkon, nie przejmując się ulewą.  Chłodne powietrze w płucach i zimne krople na twarzy przynosiły ulgę. Na chwilę uwalniały go od ciężaru, jaki musiał nosić na swoich młodych barkach. A było tego całkiem sporo. Zwłaszcza teraz.
Dziwnie się czuł. Wydawało mu się, że coś mu umyka.
Zamknął oczy i przeanalizował sobie cały dzisiejszy dzień w myślach. Coś jest nie tak…Zauważył coś niepokojącego, ale co? Gdy zadał sobie to pytanie, przed oczami stanęła mu postać Shikamaru, odwrócona do niego tyłem.
To o niego chodzi? O jego dziwne zachowanie. Tak to też, ale to nie było wszystko. Dziwnie zachowywał się później. Ale najpierw odwrócił się do wszystkich plecami, tak jakby nie chciał pokazać swojego wyrazu twarzy, jakby chciał coś ukryć. A może…
A może Shikamaru wydedukował z tego listu więcej informacji niż sam przyznał. Tylko czemu miałby to ukrywać? Właśnie, czemu? Tego nie wiedział. Miał po prostu przeczucie, a w ciągu ostatnich lat nauczył się, że przeczucia wcale nie musiały być urojeniami.
Jak na złość znów zaczął myśleć o profesorze Tonerim. Wobec niego też miał złe przeczucia. A może mylił je po prostu z zazdrością? Skąd ma to wiedzieć, skoro po raz pierwszy w życiu, czuje na czyjś widok taką niepohamowaną złość i niechęć?
Z zamyślenia wyrwał go Kurama, który widząc, że jego pan zaraz przemoknie do suchej nitki  będąc na zewnątrz, postanowił interweniować i wciągnąć go do środka, ciągnąc za nogawkę jego spodni.
- Dobrze, już wracam do środka – nie warto dla pozostania na balkonie, stracić kolejne spodnie, prawda.

***

Kilka dni wcześniej
Był środek dnia. W jednym z wysokich i oszklonych, tokijskich biurowców wrzało jak w kotle. Tłumy podobnych ludzi, w podobnych garniturach biegły we wszystkie strony, starając się zdążyć na czas ze swoją pracą. Większość z nich była typowymi pracoholikami, którzy będę dziś jeszcze wiele godzin ślęczeć nad dokumentami czy innymi papierzyskami i wrócą do domu późno w nocy, aby następnego dnia znów tutaj wrócić i robić to samo.
W tym wielkim mrowisku nikt na nikogo nie zwraca uwagi. Każdy jest zajęty pracą i mało kto zauważy, że osoba, która przechodzi obok niego nie pracuje w tym biurowcu. Mija po prostu kolejną osobę w marynarce, taką jakich jest tu setki. Na twarz nawet nie zerknie. Tak, więc obcy nie wzbudzą tu większego zainteresowania.
Tak jak dzisiaj. Pierwszy raz od trzech miesięcy do budynku, w 15-minutowych odstępach, zaczęli wchodzić ludzie, nie mający nic wspólnego z prowadzonymi tutaj interesami. Właśnie teraz, przez obrotowe drzwi wejściowe weszło dwóch mężczyzn. Oczywiście mieli na sobie garnitury, aby nie wyróżniać się w tłumie, ale co ciekawe, nie zdjęli swoich nakryć głowy, choć nie byli już na zewnątrz.
Przemierzyli cały korytarz, nie przykuwając żadnych ciekawskich spojrzeń. Weszli do metalowej windy i dopiero po zatrzaśnięciu drzwi zdjęli swoje kapelusze. Teraz stało się jasne, czemu nie zdjęli ich na początku. Taki wygląd, nawet tutaj, zwróciłby niepotrzebną uwagę.
U pierwszego mężczyzny, spod nakrycia głowy, wypadły długie do pasa, złociste włosy. Długa grzywka przysłaniała jedno z jego błękitnych oczu. Nie imponował wzrostem, lecz wbrew pozorom był bardzo hardy i silny, ciałem i duchem.
Jego towarzysz natomiast nie wyróżniał się długością włosów, ale ich kolorem. Miały rzadko spotykaną, czerwoną barwę. Sam mężczyzna wyglądał na o wiele młodszego niż był w rzeczywistości. W zasadzie przypominał nastolatka z tymi rozmarzonymi, brązowymi oczami i twarzą bez żadnej skazy, czy zmarszczki.
Zamiast wcisnąć konkretny numer piętra, długowłosy blondyn wpisał sześciocyfrową sekwencję liczb. Winda ruszyła i zatrzymała się dopiero na samej górze. Mężczyźni weszli do pomieszczenia, o którym wiedziało zaledwie 6% pracowników, i które było przeznaczone jedynie do „specjalnych” spotkań. Można się było tu dostać tylko po wpisaniu kodu.
Pokój był duży i przestronny. Ściany ze szkła pozwalała na podziwianie panoramy stolicy. Trudno było uwierzyć, że mogą się tu odbywać formalne zebrania. Był tu mały stół, który mógł pomieścić zaledwie cztery osoby, duża narożna kanapa, a nawet barek. Wszystko niezbędne dla wygody i komfortu było na miejscu.
W pomieszczeniu już ktoś był. Siedział w rogu kanapy z założonymi rękami. Miał bardzo krótko przycięte zielonkawe włosy i żółte oczy oraz spokojną twarz, bez wyrazu. Lecz, kiedy uśmiechnął się złośliwie na widok nowo przybyłych, przestał przypominać człowieka. Ta twarz miała dwa oblicza. Ludzką oraz tą, która przyprawiała o gęsią skórkę.
- Dawno się nie widzieliśmy Sasori, Deidara – przywitał się, nie wstając z kanapy.
- Zetsu – mężczyzna nazwany Sasorim, skinął głową, a blondyn tylko prychnął lekceważąco i obaj zajęli miejsca przy barku.
15 minut później, drzwi windy ponownie się otworzyły. Najpierw wyszedł z niej wysoki facet o ciemnej karnacji. Kołnierz jego czarnej koszuli przesłaniał mu połowę twarzy, odsłaniając jedynie zielone oczy. Wyglądał na najstarszego w tej grupie, ze względu na zmarszczki wokół oczu i zachrypnięty głos.
Tuż za nim pojawił się nieco niższy od niego, młody i przystojny mężczyzna. Jego szare włosy były zaczesane gładko do tyłu. Na szyi miał zawieszony łańcuszek z krucyfiksem.
- Hej, Kakuzu, Hidan – tym razem Deidara nie zignorował współpracowników, lecz sam został zignorowany.
Nowoprzybyli zajęli miejsca obok Zetsu i wszyscy znów zaczęli czekać.
Za kolejne 15 minut, z windy wyszli kolejni mężczyźni, ale jeden z nich jest nam już znany. Najświeższy członek tej organizacji, czyli Uchiha Itachi. Jak zwykle emanował chłodną postawą i nie okazywał żadnych głębszych emocji. Tak jak przez ostatnie 2 lata.
Przy jego boku, stał brunet w średnim wieku. W przeciwieństwie do kolegi Deidary, miał niecodzienny wzrost, który wynosił prawie 1,9 metra. Gdy spojrzało się na niego pod pewnym kątem i przy odpowiednim oświetleniu, człowiek doświadczał iluzji, że mężczyzna przed nim ma jasno-błękitną skórę.
Wszyscy kiwnęli głowami na powitanie Itachiemu i brunetowi o imieniu Kisame, który wzbudzał respekt oraz cieszył się w tym gronie dużym szacunkiem. Mężczyzna zajął miejsce przy stole, a Uchiha zwyczajnie oparł się o jedną ze ścian. Na takich zebraniach wolał stać i wszystko obserwować z boku.
Oczekiwano już tylko ostatnich dwóch osób, które zjawiły się punktualnie za kolejne 15 minut. Tym razem, dla odmiany z windy jako pierwsza wyszła kobieta. Na pierwszy rzut oka, z tymi krótkimi, niebieskimi włosami i łagodnymi rysami wydawała się piękną i miłą kobietą. Lecz, gdy się spotkało z jej zimnymi, bursztynowymi oczami, człowieka przenikał chłód i dobre wrażenie zacierało się. Miało około 40 lat, może mniej. Trudno określić.
Kiedy jej towarzysz wyszedł z windy i dołączył do zgromadzenia, atmosfera w pomieszczeniu uległa zmianie. Stała się napięta, wszyscy mimowolnie się wyprostowali, a ich twarze przybrały szczerą powagę. Ten mężczyzna, tak jak jego podwładny Sasori, miał czerwone włosy, lecz jego odcień był mniej intensywny i gdzie nie gdzie pojawiły się siwe kosmyki. Jego długa grzywka opadała mu na jedno oko. Wyglądał na osobę po pięćdziesiątce.
Jednak to co najbardziej zwracało uwagę w jego wyglądzie, nie były wbrew pozorom włosy. Tak naprawdę były to oczy. Nie wiele osób takie posiada. Miały w sobie moc, wystarczyło w nie spojrzeć i zrozumieć o co chodzi. Ludzie różnie to postrzegali. Patrząc w te oczy, jednych przechodziły ciarki, a u innych pojawiało się przygnębienie i smutek. Byli też tacy co poczuli na ich widok wstręt.
Kobieta nazywała się Konan i była drugą, najważniejszą osobą w tej organizacji. Była, można powiedzieć prawą ręką lidera, czyli owego mężczyzny obok niej. Tylko ona znała jego prawdziwą tożsamość. Pozostali znali jedynie jego pseudonim – Pain.
Wszyscy wstali ze swych miejsc i przywitali się z nowoprzybyłymi, którzy zamiast zająć jakieś miejsce, postąpili podobnie jak Uchiha i stanęli przy szklanej ścianie. W tym miejscu mogli mieć oko, dosłownie na każdą osobę w pomieszczeniu.
- Zanim przejdziemy do rzeczy… – zaczął Pain, bez zbędnych formalności – … czy ktoś ma do mnie jakąś sprawę?
Nikt nie zabrał głosu.
- Czyli od ostatniego spotkania, nic ani nikt nie zakłócił waszych interesów?
- Trudno to nazwać „zakłóceniem” – głos zabrał Deidara – Przypomina to bardziej bzyczenie irytującej muchy.
- Co masz na myśli? – zapytała Konan.
- Konohe.
Zapanowało małe poruszenie. Jeśli ktoś wcześniej nie skupił uwagi na słowach blondyna, teraz był aż nader skoncentrowany.
- Muszę przyznać, że podzielam zdanie Deidary – siedzący obok blondyna, Sasori wyraził swoją opinię.
- I ja także – przyznał Hidan – Jak długo będziemy tolerować tamtejszą sytuację?
- Krócej niż myślisz – Pain ponownie zabrał głos – Dzisiejsze zebranie, ma na celu właśnie załatwienie sprawy Konohy.
To krótkie zdanie, wprawiło wszystkich obecnych w zdumienie. Jedynie Zetsu i Itachi nie byli zaskoczeni. U Zetsu pojawił się uśmiech, mężczyzna był wielce z czegoś zadowolony. Natomiast Uchiha nie zmienił swojego wyrazu twarzy. Jedynie w jego oczach pojawiło się coś na kształt obawy.
- Od śmierci Orochimaru minęło ponad 2 lata i dopiero teraz zamierzamy coś zrobić? Trudno o większe opóźnienie – wypowiedź Deidary nie była pozbawiona sarkazmu.
- Myśleliśmy, że sytuacja sama się uspokoi, lecz niestety bez naszej interwencji się nie obejdzie – powiedziała Konan. Nikt jej nie uwierzył. Musiał być inny powód, dla którego sprawę odkładano tak długo i tylko ich lider go znał. Ale najwidoczniej nie zamierzał się nim dzielić z resztą, co nie wprawiło jego podwładnych w dobry humor.
- Spotkałem się z Orochimaru dzień przed jego śmiercią – oznajmił lider – Chciał sprzedać mi informacje na temat osoby, którą, jak sądził, chce znaleźć. Mylił się i umowa nie została zawarta – nikt, słysząc to, nie zdziwił się. Ani Pain, ani reszta Akatsuki nie czuła wobec Orochimaru żadnej sympatii czy nawet szacunku, odkąd opuścił ich szeregi dobre 10 lat temu. Każde porozumienie z nim, oznaczałoby w Akatsuki zdradę.
- Jego śmierć, o której dowiedziałem się następnego dnia, była miłą niespodzianką – kontynuował lider – Za to wiadomość o jego zabójcach, zszokowała mnie. A rzadko mi się to zdarza. Żałośnie skończył.
- Powinieneś być dumny z braciszka – odezwał się po raz pierwszy Kakuzu, zwracając się do Itachiego – Idzie w twoje ślady - Nie doczekał się odpowiedzi.
- Możemy zrozumieć, że sprawa Uchihy Sasuke powinna zostać załatwiona między członkami rodziny – tu Sasori, rzucił krótkie spojrzenie w stronę Itachiego – Ale co z tym drugim? Synem Namikaze?
- Właśnie o tym mówiłem, wspominając o brzęczącej muszce – rzekł Deidara – Ludzie pod nami się burzą coraz bardziej, że pozwalamy tak hasać wolno, dwóm gnojkom, którzy zagrali nam na nosie, zabijając naszego byłego towarzysza. Uciekli jego ludziom ot tak – pstryknął palcami – Po śmierci tego gada zapanował chaos, który my musieliśmy sprzątać.
- Dodajmy do tego to, że ten Uzumaki jest synem gościa, przez którego omal nie trafiłem do pierdla – powiedział Hidan– Ja! Ja do pudła!
- Każdy, nawet najmniej warty członek podziemia, zastanawia się dlaczego ta dwójka jeszcze żyje – powiedział  Kisame - Niektórzy zaczynają rozsiewać plotki, że jesteśmy tak słabi, że nie dajemy rady uporać się z tymi gnojkami. Głównie są to ci, którzy ich zaatakowali i dostali w mordę.
Pain wydawał się ignorować te wszystkie wypowiedzi. Nie pierwszy raz je słyszał, lecz dopiero dziś postanowił zająć się tą sytuacją.
- Zetsu, masz to? – spytał lider.
Mężczyzna przytaknął i wyjął jakąś kopertę z teczki, stojącą pod jego nogami. Wyjął jej zawartość i rzucił ją lekceważąco na szklany stolik, stojący przy kanapie. Były to dwa zdjęcia o dużym formacie. Pierwsze przedstawiało Uzumakiego Naruto, a drugie Uchihe Sasuke. Obie fotografie zostały zrobione z ukrycia, zaledwie kilka dni wcześniej. Teraz każdy członek organizacji znał wygląd swoich ofiar.
Itachi na chwilę zrezygnował ze swojej stoickiej postawy i na widok fotografii swojego brata zareagował gniewem.
- Dlaczego tu jest zdjęcie mojego brata?! Obiecałeś, że to ja będę mógł się nim zająć! – rzucił oskarżycielsko w kierunku Paina.
- Zgadza się, obiecałem – mężczyzna nie wydawał się poruszony wybuchem swego podwładnego – I to podtrzymuje. Kazałem go śledzić jedynie…na wszelki wypadek. Jeśli chodzi o Uchiha, to wolę dmuchać na zimne. Z wami nigdy nic nie wiadomo. Poza tym, byłem ciekawy. Czy to jakiś problem, że teraz wszyscy znamy jego twarz?
Akatsuki działało trochę inaczej niż reszta przestępczych organizacji. Tutaj członkowie wiedzieli o sobie praktycznie wszystko. Widzieli czym ich współpracownicy zajmują się w życiu, jak i w przestępczym świadku. Znali swoje tajemnice jak i samych siebie bardzo dobrze. Jedynie o swoim liderze nic nie widzieli. Nie znali nawet jego imienia. A mimo to byli mu posłuszni i czuli respekt. Nikt nie odważyłby się mu przeciwstawić. Szanowali go, ale dlaczego?
Odpowiedź jest prosta. Żaden z członków Akatsuki nie byłby teraz tam gdzie jest, gdyby nie Pain. To on założył tą organizację i to on usytuował ją na najwyższym możliwym szczeblu. Zwerbował każdego z nich, różnymi sposobami. Dał im wysoką pozycję, władzę i pieniądze. Więc w takim razie mógł w mgnieniu oka je odebrać i zniszczyć osobę, która mu się naraziła.
Itachi był jedynym, który wstąpił do Akatsuki sam z siebie. Tylko on doszedł do swej pozycji samodzielnie i nie musiał czuć wobec lidera szacunku, ani się go bać. Przez to nie cieszył się tutaj zaufaniem. Przez pierwsze miesiące był nawet bacznie obserwowany.
Uchiha pokręcił przecząco głową.
- To nie jest problem – odparł, wróciwszy już do siebie – Ale po co te fotografie? Skoro przyszedł czas, aby zająć się tą dwójką, to ja powinienem ich zabić. Znam ich dobrze, tak samo jak miasto.
- Obiecałem, że będziesz mógł sam zabić brata, ale nie obiecałem że będziesz mógł zająć się Uzumakim – wypowiedź Paina sprawiła, że Itachi zaczął bardzo głęboko oddychać.
- Ale…
- To, że znasz okolicę jest wadą, a nie zaletą. Ktoś może cię rozpoznać i zrobi się nieprzyjemnie. Dlatego zdecydowałem, że Uzumakim zajmą się Deidara i Sasori – lider wskazał swoich podwładnych, siedzących przy barku.
Czerwono-włosy kiwnął głową na znak, że się zgadza. Blondyn natomiast nie mógł powstrzymać zadowolenia, malującego się teraz na jego twarzy. Natomiast, siedzący z boku Hidan przeklął rozgoryczony. Miał nadzieję, że to on będzie mógł wziąć zlecenie.
- Jeśli chodzi o pozbywanie się niewygodnych ludzi, to ja mam większe doświadczenie – Itachi wciąż próbował postawić na swoim. Przybrał nieco groźniejszy ton.
- Nie bądź taki – odezwał się Sasori – Jeśli dobrze pamiętam, wziąłeś nasze ostatnie trzy zlecenia.
- Zgadza się – powiedział lider – Czyżbyś, aż tak nie mógł powstrzymać żądzy mordu, Itachi?
Uchiha i Pain skrzyżowali, pełne wrogości spojrzenia. Po chwili niezręcznej ciszy, Itachi wrócił do swojej poprzedniej, spokojnej postawy i odwrócił się lekceważąco, tyłem do stolika ze zdjęciami.
- Róbcie co chcecie.
- Czyli ustalone – Pain skierował swoją uwagę na Deidare i Sasoriego i rzekł – Jeśli chodzi o syna Namikaze to macie wolną rękę, ale… wcześniej macie załatwić coś innego.
- To znaczy? – spytał Sasori.
- Dostaniecie 2 zadania. Jak to się mówi, upieczecie dwie pieczenie na jednym ogniu.
Przez następne 20 minut, należycie omawiano całą sprawę. Wszystkie szczegóły zostały ustalone. Teraz wszyscy zaczynali opuszczać pomieszczenie. Wychodzili dwójkami, w odstępach 10 – minutowych.
Kiedy Sasori i Deidara mieli wychodzić, blondyn zatrzymał się na chwilę przy Itachim.
- Mam nadzieję, że nie będziesz miał do mnie urazy, jeśli przez przypadek wykończę twojego braciszka przed tobą.
- Co masz na myśli? – włosy rzuciły cień na twarz Uchihy, przez co nie było widać jej wyrazu.
- Sasuke zabił Orochimaru, aby ochronić mój „cel”. Skąd wiesz, że i tym razem się nie przypałęta? – Itachi podniósł nieznacznie głowę. Gdyby Deidara mógł spojrzeć w jego oczy, zobaczyłby czystą czerwień.
- Mówię tylko, że zdarzają się różne przypadki – kontynuował blondyn – Może się zdarzyć jakiś „wypadek”. W takim bałaganie może się stać wszystko. W każdym razie, nie będziesz mieć żalu, prawda? – nie pytał o to z obawą. Bardziej słychać w tym było czystą złośliwość.
Deidara minął go i wszedł do windy ze swoim towarzyszem. 10 minut później zniknęli w niej też Hidan z Kakuzu i w pomieszczeniu został już jedynie Uchiha i Kisame.
- Wszystko w porządku? – spytał starszy brunet. Itachi spojrzał na niego. Jego oczy nie były już szkarłatne, ale też nie całkowicie czarne.
- Raczej tak. Ale będę miał do ciebie prośbę.

***

Teraźniejszość

Od nadejścia anonimu minęło kilka dni, które były wypełnione niepokojem. Wszyscy zbyt często oglądali się za siebie i nie przebywali sami na zewnątrz. Zachowywali jeszcze większą ostrożność niż zwykle. I zresztą całe szczęście, bo inaczej Naruto miałby już nóż w plecach.
- Chłopie, z czym do ludzi? – powiedział Uzumaki z lekkim rozczarowaniem, jednocześnie wykręcając rękę mężczyźnie leżącemu na ziemi. Podrzucił w dłoni składany nóż – Fajnie, takiego jeszcze nie mam. Nowy do kolekcji – zwolnił uścisk i jego napastnik zerwał się do ucieczki. Kurama, który stał przy swoim panu zaczął głośno ujadać.
- Nie łapiesz go? – spytał Shikamaru, opierając się z założonymi rękami o ścianę budynku.
- Już się rwę. A zresztą po co? Pewnie wróci jutro  – blondyn podniósł się z klęczek – A tak w ogóle to wielkie dzięki za pomoc!
- Przecież sam dałeś radę!
- Jak zwykle – westchnął chowając nóż do kieszeni. Pies już się uspokoił i teraz obwąchiwał właściciela, jakby sprawdzając, czy temu nic nie jest – Człowiek to się może do wszystkiego przyzwyczaić. Nawet do tego, że cię atakują bandziory z nożami.
- To się zdarza coraz częściej. Mają tupet, że próbują cię dorwać na terenie kampusu.
- Przecież wiem. W sumie mogę powiadomić policję i powiedzieć, że atakują mnie świry, bo jestem synem byłego prezydenta. Aż mnie zżera ciekawość co odpowiedzą.
- Łatwo się domyślić – Nara odsunął się od ściany i spojrzał w niebo. Zamyślił się nad czymś.
Naruto zwęził brwi, znów nie wiedząc co myśleć. Shikamaru od dnia przyjścia anonimu był strasznie nieobecny. Często znikał i nie dawał znać, gdzie jest. Był też chwile, gdy po prostu się wyłączał, jakby zapomniał na chwilę o Bożym świcie. Blondyn znał przyjaciela na tyle dobrze, że wiedział iż są to oznaki zmartwienia. Nara martwił się czymś i to bardzo, ale trzymał to w sobie. Coś ukrywał. Dawno nawet na nic nie narzekał.
- Muszę iść – Shikamaru wrócił do rzeczywistości – Lepiej wracaj do domu, zanim znowu się ktoś napatoczy.
- Nie mogę. Hinata jeszcze nie skończyła… - Naruto zamknął oczy i starał się powstrzymać rosnącą irytacje - …dodatkowych zajęć. Zaczekam na nią.
- Rozumiem. To na razie – wyminął szybko blondyna i poszedł w tym samym kierunku, w którym uciekł napastnik
- A tobie gdzie się tak śpieszy? – Uzumaki zawołał za przyjacielem, lecz nie dostał odpowiedzi – Świetnie, znowu gdzieś znika. Mam deja vu. Jeszcze brakuje, aby dostawał ataków agresji i będziemy mieli drugiego Sasuke – Naruto, aż złapał się za głowę na tą myśl – Dwóch takich? To ja już wolę 10 kolesiów z nożami – powiedział i razem z psem poszli w mniej odludne miejsce.

***

- Skoro już mamy temat to poproszę cię byś za tydzień przyniosła gotowy plan pracy. Dasz radę to zrobić tak szybko?
- Tak…myślę że tak – odpowiedziała Hinata, słabym głosem. Wcale nie była tego pewna.
- Pokaże ci coś – Toneri kliknął jedną z zakładek na swoim laptopie – Tu masz listę książek, które mogą ci pomóc w pisaniu. Na pewno wszystkie są dostępne w bibliotece.
- Dziękuję – Hyuga wyjęła z torby notes i długopis – Spiszę je sobie.
Otsutsuki przyglądał się z lekko rozmarzonym uśmiechem, na skoncentrowaną twarz swojej studentki, która skrupulatnie spisywała wszystkie tytuły. Jego zadowolenie jednak minęło, gdy wzrok powędrował mu niżej, na jej dłonie.
- Ładny pierścionek – powiedział, siląc się na obojętność.
- Och, dzie…dziękuję. To prezent.
Mężczyźnie nie spodobał się uśmiech na twarzy Hinaty, który się pojawił, kiedy spojrzała na pierścionek. Mówił mu więcej niżby chciał wiedzieć.
- Od chłopaka? – Toneri zadał od razu drugie pytanie, zanim jeszcze Hyuga mu odpowiedziała na pierwsze – Długo już jesteście razem?
- Prawie 3 lata – mówiła Hinata, nieco zaskoczona radością jaką czuła, mogąc o tym opowiadać – Po studiach chcemy się pobrać – naprawdę fajnie było się tym chwalić.
Mężczyźnie drgnęła warga, a szczęki się zacisnęły. Do głowy mu nie przyszło, że Hinata jest zaręczona. W końcu dzisiejsi młodzi rzadko myślą tak szybko o tych sprawach. Poczuł narastający gniew. Jedyne co go pocieszało to wiadomość o „3 latach”. To długi okres i po takim czasie każdy może mieć ochotę na trochę…nowości.
- Naprawdę? Gratuluję – rzekł, udając przyjazny ton.
Dziewczyna wyczuła tą sztuczność. Nauczyciel mówił jedno, a jego oczy co innego. Teraz wydały jej się one jeszcze bardziej nieprzyjemne niż zwykle.
- Muszę już iść – wstała z krzesła – Jeszcze raz dziękuję za poświęcony czas.
- Nie musisz dziękować, to była czysta przyjemność – Toneri również wstał – Pamiętaj, że jakbyś miała pytania, możesz do mnie dzwonić.
- Tak, wiem. Będę pamiętać – Hinata poczuła ogromną chęć opuszczenia sali. Ta zmiana w postawie nauczyciela zbiła ją z tropu i chyba nieco przestraszyła -  Do widzenia – wyszła z pomieszczenia, zanim Otsutsuki zaproponował, że ją odprowadzi.
Wyszła z budynku i odetchnęła z ulgą, gdy zobaczyła, że Naruto czeka na nią przed wejściem. Jakoś teraz bardzo chciała go zobaczyć.
- Hej – przywitał się – I jak było?
- Długo i nudno – zapewniła go – Ale trochę mi to pomogło – nagle coś sobie przypomniała – Pamiętasz, że jutro…
- Jedziemy na weekend do twoich rodziców. Wiem, oczekuje tego – złapał ją za rękę – Te wizyty…
Nie musiał kończyć. Hinata wiedziała co jej narzeczony chciał powiedzieć.
„Te wizyty są jak krótki powrót do normalności”
Naruto i Hinata poszli w swoją stronę. Nie wiedzieli tylko, że są odprowadzani przez parę obrzydliwych, niebieskich oczu, które wyrażały czystą złość, ale i też upartość. To były oczy człowieka, który tak łatwo się nie poddaje i zrobi wszystko by osiągnąć swój cel. Bez względu na koszty.


***
(Od autorki) Dobra na YT mam dwa nowe filmy, ale...mam obawy.
Pierwszy to crack (zawsze chciałam zrobić coś takiego :D) W nim naprawdę widać jaki mam zrypany łeb i jeśli ktoś ma do mnie choć trochę szacunku to niech nie klika bo go straci.
Drugi znów porusza miłość (NaruHina jest tam trochę) tyle że są tam 3 pary hetero i 3 homo XD hehe jak ktoś nie trawi Yaoi lepiej tam nie zagląda. Tak właściwie to do obu filmów.
(właśnie się przyznałam że oglądałam yaoi, czyli straciłam przynajmniej z połowę czytelników:P ale pamiętajcie gdybym żyła tym obsesyjnie to tutaj byłby teraz NaruSasu a nie NaruHina, wiec...nie zostawiajcie mnie!!!) Po prostu lubię miłość
Crack:
https://www.youtube.com/watch?v=oLLmTV_K_sc
Anime AMV (Love :3)
https://www.youtube.com/watch?v=G0uqyWkI544

2 komentarze:

  1. Spokojnie nie jesteś sama , tez oglądam czasu yaoi ale cieszę się że nie zrobiłaś o tym opowiadania ^^ bo naruhina tez uwielbiam , no a tak wgl to super notka i czekam na następną ^^

    OdpowiedzUsuń